TOMASZ RACKI: O „Klątwie” słów kilka

Ostatnio w Polsce działo się tak niewiele, a przynajmniej tak niewiele o tym wiemy, że bodaj najgorętszym tematem jest sztuka „Klątwa” wystawiana w Teatrze Powszechnym na warszawskiej Pradze.

Właściwie trudno się temu dziwić – naszego parlamentu nikt nie okupuje, w najbliższej przyszłości nie ma wyborów, o Misiewiczu nie słychać, a media muszą czymś karmić ludzi, żeby same nie umarły z głodu. Jak widać temat spektaklu okazał się wystarczająco lotny, żeby znaleźć się w centrum uwagi.

Przyznaję, że nie byłem na „Klątwie” i trochę żałuję. Żałuję, bo gdybym obejrzał ten spektakl, mógłbym napisać o nim o wiele więcej i powiedzieć, czy głosy wszystkich oburzonych są zasadne, a jeśli tak, to w jak dużym stopniu.

Niezależnie od treści tego osiemdziesięciominutowego widowiska dziwi mnie to, że niektórzy z niedowierzaniem patrzą na informację o wyprzedanych biletach do końca marca. Przecież to żadna nowość, że rzeczy kontrowersyjne przyciągają tłumy – rządzi nami ciekawość, chęć sprawdzenia „o czym to tam w telewizorni mówili”, czy zwyczajna psychologia tłumu, ale akurat o tej ostatniej chyba jeszcze w tym przypadku powiedzieć nie można.

Dla wielu oburzające jest umieszczenie erotycznej sceny z udziałem figury papieża. Sam się do tego grona zaliczam, choć podchodzę do tego raczej na chłodno. Przecież zawsze się znajdzie ktoś, kto takie rzeczy narysuje, przerobi, nagra. Dziś nie ma takiej świętości, której nie wyszydzono by w internecie. Ewenementem jest to, że ktoś chciał przenieść takie bagno na deski teatru, ale to świadczy o reżyserze odpowiedzialnym za „Klątwę”.

Swoją drogą mnie porusza bardziej, że do Polski przyjeżdża Chorwat i zamierza rozliczać się z naszą religijnością, niż samo mieszanie w to wszystko wizerunku Ojca Świętego. A kimże on jest, żeby nam wytykać coś w naszej religijności? Ile lat mieszka w Polsce? Ile rozumie z naszej historii? Tak samo jak ja czy Wy, nie mamy prawa krytykować wierzeń rdzennych mieszkańców Amazonii, tak samo Oliverowi Frljiciowi nic do naszych.

Wracając jeszcze do popularności „Klątwy” i ogromnego wzięcia, jakim cieszą się bilety na tę sztukę – warto zauważyć, kto na nią chadza. O ile ja jestem laikiem w sferze teatru, o tyle o aktorach znajdujących się wśród publiczności już tego powiedzieć nie można. A siadają tam ramię w ramię z politykami i ciekawe z kim jeszcze znanym ze szklanych ekranów i gazet. Dlaczego o tym wspominam? Otóż w internecie każdy z nich wszelkiego chamstwa, pornografii czy szyderstwa z Jana Pawła II prawdopodobnie by się wyrzekł. Jednak wystarczyło przenieść to do „świątyni sztuki”, jaką jest a przynajmniej powinien być teatr, i już wszystko stało się gładkie. O ile obecności celebrytów i polityków na „Klątwie” można było się spodziewać, w końcu nie łudźmy się, to są ludzie tacy, jak wszyscy inni, o tyle zapalczywość, z jaką bronią tego przedstawienia jest zadziwiająca. Jaki mają w tym interes? Chcą zyskać elektorat nieprzychylny Kościołowi i chrześcijaństwu? Chcą zrewolucjonizować pogląd na teatr? A może tak dla zasady się kłócą, żeby odróżnić się od partii rządzącej?

Ja na to pytanie nie umiem odpowiedzieć. Te kilka myśli dotyczących „Klątwy” chciałem uwolnić na papierze. Może w całym tym zgiełku pomogą komuś spojrzeć na spektakl wystawiany w Teatrze Powszechnym z innej strony. Ostatnia kwestia, nieco mniej związana z samą sztuką jest taka, że znów zajmujemy się czymś, co dzieli Polaków. Znów czytamy i słuchamy o czymś, co budzi skrajne emocje, co burzy szanse na zgodę i porozumienie. Ktoś pewnie szepcze teraz „divida et impera” i z uśmiechem patrzy na wypadające z wściekłości gałki oczne skłóconych rodaków. Pytanie: kto?

TOMASZ RACKI