Tomasz Racki: Nie udało się

Miesiąc temu pisałem o nadchodzących świętach Bożego Narodzenia; o tym, że sensem tych świąt nie jest przesiedzenie ich przy stole, nie jest zaśpiewanie kolęd, ani tym bardziej obejrzenie Kevina w telewizji. Pisałem, że żeby te święta miały jakiś sens, to musi narodzić się miłość. Narodzić się nigdzie indziej, tylko w nas samych.

Miesiąc później widzę, że nie udało się. Tydzień po tym, jak dzieliliśmy się opłatkiem, życzyliśmy sobie pomyślności, zdrowia, spełnienia marzeń i mądrych wyborów w życiu, ktoś zakończył swoje życie w sposób tragiczny. Trudno powiedzieć zza ekranu monitora, czy zakończył życie przez własną głupotę, cudzą nienawiść, czy może przez mix wielu złożonych czynników. Ale z całą pewnością można powiedzieć – nie żyje. Już go nie ma wśród nas. Na zawsze.

Tymczasem w internecie, na portalach, a szczególnie w komentarzach na Facebooku rozpoczął się festiwal szyderstwa, pogardy, wszelkiego rodzaju złośliwości. Sam jestem osobą o naprawdę swobodnym poczuciu humoru, ale mam świadomość, że z pewnych rzeczy się nie żartuje, nie szydzi, nie poniewiera się innych. Nie w obliczu tragedii.

No właśnie – w obliczu tragedii. Nie wiem, co się dzieje, że dla tylu z nas śmierć człowieka, to już nie jest tragedia. No co – zabili, to zabili. Przecież wziął colę, przecież to naziol był, albo pedał, albo do Kościoła nie chodził – to dobrze mu, że zdechł. Czy zamachy terrorystyczne w Europie w ciągu ostatnich dwóch lat spowszedniały nam aż tak bardzo, że śmierć pojedynczego człowieka jest już zupełnie obojętna? Co się z nami dzieje, że fakt, że ktoś umarł, w dodatku umarł od ciosów zadanych nożem, jest powodem do szydery, do śmiechu, do niesmacznego żartu? Niektórzy wręcz zacierają ręce z radości, że „jeden robak mniej”. Tak, tak, właśnie w tym tonie jest wiele komentarzy na temat wydarzeń sylwestrowej nocy w Ełku.

Nie wiem, skąd się bierze taki brak empatii. Tym bardziej nie wiem i nie chcę wiedzieć, dokąd może nas to doprowadzić. Bo jeśli zasztyletowanie człowieka to nic, to czym jest zastrzelenie? Jeśli za petardę, kradzież czy choćby obelgi można zabić, to jak ukarać za pobicie? I dlaczego samosąd nie jest już niczym złym?

Przy tym ostatnim pytaniu muszę powiedzieć, że ta sytuacja ma dwa oblicza – bo jeśli za czyn kogoś spoza Polski, akurat tutaj Tunezyjczyka, można „karać zapobiegawczo” innych obcokrajowców wybijaniem szyb w ich lokalach, tylko i wyłącznie za to, że mają trochę ciemniejszy kolor skóry, to stąd już niedaleko do naśmiewania się z tragedii innych. Bo co ten Kurd z Wrocławia ma wspólnego z Tunezyjczykiem z Ełku? I tutaj wiele osób stojących „po drugiej stronie barykady” w dyskusji o zasztyletowaniu w Ełku powinno uderzyć się w pierś. „Oj tam, szybę zbili. No zbili, przynajmniej są u siebie! A on u siebie nie jest!” To nie jest myślenie, które ma wzgląd na godność człowieka. To nie jest nawet myślenie sprawiedliwe, ani w żaden sposób uzasadnione. Jak mówi mój przyjaciel „da się to wytłumaczyć, ale nie usprawiedliwić”.

Wszystko przechodzi nam tak gładko. Jednym, jak krzywda dzieje się „naszym”, drugim, jak krzywda dzieje się „ichnim”. Koniec końców nie ma takiej krzywdy, żeby zabolała wszystkich. A coraz mniej jest krzywd, które robią wrażenie na kimkolwiek. Gdzie to się skończy?

Smutne te moje rozmyślania, a jeszcze smutniejsze byłyby, gdybym zapytał – „Jak tych wszystkich ludzi zmienić? Jak nawrócić na empatię?”. Bo ani ja, ani Ty pewnie ich nie zmienimy. Ale to, co zmienić możemy, to my sami – nasze serca i nasze umysły. Jeśli dla wrażliwości i empatii gdziekolwiek może jeszcze zapłonąć płomień nadziei, to nigdzie indziej, tylko w nas.

TOMASZ RACKI