Tomasz Racki: Święto kochających

14 lutego. Nawet dzieci w podstawówce znają tę datę. Przecież to Walentynki, najbardziej rozpoznawalna kartka w kalendarzu, zaraz po Bożym Narodzeniu.

Pewnie nie byłoby tak dużej popularności tego święta, gdyby nie ogromne zyski ze sprzedaży czekoladowych serc i pluszowych misiów, ale trzeba się cieszyć, że Święto Zakochanych jest i obchodzimy je tak gorliwie. W końcu to sama radość obdarować ukochaną osobę czy wyznać jej swoje uczucia. Cóż może być piękniejszego, prawdziwszego od tego?

Rzeczywiście Święto Zakochanych jest bez wątpienia dobrym dniem – dobrym, żeby pokazać komuś, ile dla nas znaczy, czy po prostu zdobyć się na miły gest. Ale czy lepszym od pozostałych dni w roku?

Cóż może być piękniejszego od obdarowania ukochanej osoby? Obdarowanie obcej, do której absolutnie nie żywimy żadnych uczuć, a nawet nie wiedzieliśmy o jej istnieniu. Od kiedy studiuję w Warszawie, mam mnóstwo okazji, żeby podarować coś nieznajomym. Osoby żebrzące i bez wątpienia potrzebujące pomocy można spotkać na każdym kroku, zresztą i w Ciechanowie nie jest to aż tak rzadki widok. Jednak w jakiś sposób już się do niego przyzwyczaiłem, i pewnie nie ja jeden, ale przydarzyła mi się kiedyś sytuacja, która była dla mnie doskonałą lekcją – może nie tyle zakochania, co autentycznej miłości bliźniego. Posłuchajcie.

Rzecz działa się w ciechanowskim autobusie komunikacji miejskiej. Jechałem na stojąco na boisko przy szpitalu. Ot, nic nadzwyczajnego. Po mojej prawej zaczynały się podwójne miejsca siedzące. Bezpośrednio przy mnie siedział facet po trzydziestce. Raczej nie rzucał się w oczy. Bynajmniej, nie wyglądał atrakcyjnie i akurat prowadził jakąś rozmowę przez telefon.

Dojechaliśmy do przystanku i autobus stanął, a tamten mężczyzna poderwał się i podbiegł do drzwi. Pomyślałem, że zapomniał, że miał już wysiąść. Jak się okazało pomógł starszej kobiecie wnosić jej wózek/balkonik. Nic wielkiego, ale to nie koniec. Kobieta usiadła na swoim pojeździe i podziękowała temu facetowi. „Nie ma za co” – odpowiedział, po czym dodał – „mówił ktoś Pani, że ma Pani piękny uśmiech?”. Przyznam szczerze, że mnie zamurowało. Nie dość, że złapałem się na tym, że jestem gapą i nie pomogłem tej kobiecie, ba – nawet nie widziałem, że wsiada do autobusu, to autentycznie zobaczyłem Supermana, takiego superbohatera, który odmienił dzień obcej osoby. Trudno to opisać, ale po całym zajściu ten gość wyglądał, jakby czuł się w całej sytuacji świetnie, w sensie – jego zachowanie było tak naturalne, tak oczywiste dla niego, jakby na co dzień zajmował się wyłącznie jeżdżeniem autobusami ZKM i pomaganiem innym przy wsiadaniu. Zresztą nie tylko przy wsiadaniu – wysiadł z wspomnianą staruszką i pomógł jej dokądś dojść. Z tego, co zrozumiałem, zmieniając przy okazji własne plany – miał zakończyć podróż na innym przystanku.

Bezinteresowna pomoc i zaangażowanie zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Pamiętam te kilka minut dość dobrze, choć cała ta sytuacja działa się ponad trzy lata temu. Zawsze, ilekroć wyobrażam sobie dobrego człowieka, widzę tego niepozornego gościa z autobusu, który po prostu pomógł starszej osobie się przemieścić i był dla niej przez chwilę miły. I niech to nie zabrzmi patetycznie, ale to właśnie jest miłość. Miłość, czyli coś o poziom wyżej od zakochania. Coś jeszcze piękniejszego i prawdziwszego.

Dziś jest Święto Zakochanych. Pocałunki, wyznania, prezenty. Same plusy. Tego nie można przegapić. Ale Święto Kochających jest codziennie i tylko od nas zależy jak je obchodzimy. Czasem Twoje pięć minut poświęcenia może być dla kogoś najlepszym prezentem. A dla mnie lekcją.

TOMASZ RACKI