Maciej Wełyczko: Wyborcze safari zza paprotki

Wrocławskie wybory do rad osiedli to osobliwy zwierz w świecie demokracji. Coś jak zmutowany tygrys – albinos, któremu zamiast pazurów i kłów wyrosły tęczowe skrzydła motyla. Wszak wybrani radni i same rady nie mają właściwie żadnej mocy sprawczej. Nie mają (na razie) poważnego budżetu. Ba! Za czas spędzony na obradach nie pobiera się wynagrodzenia. Na dodatek w wyborach nie startują ciała w demokracji zasadnicze: partie polityczne. Amatorów zabawy w rady osiedli nie było dotąd zbyt wielu, cztery lata temu niecałe cztery procent. W tym roku coś jednak drgnęło. Już kilka miesięcy przed wyborami zaroiło się od kandydatów. Jak przełożyło się to na wyborców? Na czym polega moc rad?

Temu wszystkiemu postanowiłem się przyjrzeć z miejsca najbardziej predestynowanego – komisji wyborczej. Los rzucił piszącego te słowa na odcinek nr 49, czyli komisję dla osiedla Krzyki- Partynice (rejon Krzyckiej). Wydawałem więc karty (pozdrawiam wszystkich ich odbiorców!), wskazywałem krateczkę do podpisów i wraz z innymi członkami komisji zliczałem do późna w nocy wyborcze krzyżyki.

Ale miało być o obserwacjach. Te są budujące. Liczna frakcja głosujących przyszła wyposażona w drukowane ściągi. Co niektórzy kandydaci okazali się przy tym prawdziwymi dżentelmenami przywożącymi i odwożącymi do parę minut damy w godnym wieku. Znaleźli przy tym jeszcze czas na osobiste złożenie głosu.

Ponieważ to rubryka tropiąca absurdy wskażę na jeden zasadniczy: ciszę wyborczą. W tym wyborach ograniczoną tylko samego dnia elekcji, ale i tak niezmiernie szkodliwą. Dlaczego? W osiedlowej elekcji zabrakło kluczowego elementu – informacji o kandydatach. Suche alfabetyczne zestawienie nie odpowiadało nawet na pytanie „who is who”, nie mówiąc już o jakimkolwiek programie. W rezultacie, przy niskiej frekwencji decydująca okazać mogła się… liczebność rodziny kandydata. Czy tak było, nie wiem. Wiem za to, że w wielu dzielnicach lokalne komitety wyborcze, były w istocie zakamuflowanymi listami partii politycznych.

Zamiast gorszyć się w tym miejscu lepiej sięgnąć po literaturę klasyczną.

W nieśmiertelnym przygodach pana Pickwicka i jego Klubu opisane są szczegółami meandry kampanii wyborczej w zmyślonym mieście Eatanswill (co po angielsku brzmi całkiem pokrewnie nazwie Party-Nice). Rzecz dzieje się w kolebce demokracji, w Wielkiej Brytanii w latach 30. XIX wieku. Przywożenie na głosowanie babć i sąsiadów to wyborczy elementarz Eatanswill’u. Rozdawanie parasolek w określonym kolorze było już wtedy (prawie 200 lat temu!) wyborczym abc. W Eatanswill na potęgę handlowano także głosami w zamian za alkohol (czy ktoś w Wałbrzychu jest fanem Klubu Pickwicka?) i, w wersji bardziej kulturalnej – herbatę. Zjawiska „głos za herbatę” nad Odrą jak dotąd nie odnotowano. Ciekawe, dlaczego?

W Eatenswill, doszło oczywiście na końcu do malowniczej bijatyki konkurujących stronnictw, w której ucierpiał także filozof-obserwator pan Pickwick.

Starć takich w naszych radach osiedli na razie nie odnotowano, choć na Nadodrzu było (i chyba jest) całkiem gorąco.

Wywód mój zmierza do bardzo prostego wniosku: demokracja ma niewiele wspólnego z idealizmem. Zwykle wygrywa nie ten, kto ma rację, lecz ten, kto wie, jak to robić. Czasem, racja, mądrość i skuteczność zbiegają się w jednym punkcie. Oby takimi punktami okazały się wszystkie wrocławskie rady osiedli. Czy tak się stanie – zobaczymy. A przyglądać będziemy się bacznie.

Uwaga na koniec. Na komisyjnym stole nie było żadnej paprotki – to jedynie metafora. Brakowało kopert. Głosy po przeliczeniu pakowaliśmy w papier (nomen omen) pakowy i wiązali konopnym sznurem. Było skromnie, bardzo skromnie… Ale taka już jest ta polska demokracja.

Maciej Wełyczko
„Gazeta Sąsiedzka”