Heja Norge

Stawiamy na muzea

Kilka dni w Oslo można puścić na żywioł, ale możemy się zagubić, moje towarzystwo i ja. Wybór – gdzie, co, jak, dlaczego – dyskutujemy, a w moim gronie są informatyk, trener pływania, historyk – archiwista, dwie nadzieje pływackie w wieku 5 – 12 lat i reporter. Zapałek nie ciągniemy, kart nie odkrywamy, nie głosujemy. Wygrywa koncepcja z mapy, wedle zasady gdzie najbliżej. A więc muzea, wszak aż cztery mamy pod bokiem – Norsk Folkmuseum, Viking Ship Muzeum, Polar Ship Muzeum i Kon-Tiki Museum. Mamy cały dzień przed sobą. Można się bujać.

Kon-Tiki

Ostry, obustronny opadowy dach, niemal do samej ziemi, a pod nim tratwa z drewna balsamowego „Kon-Tiki”, na której Thor Heyerdahl wraz z pięcioma podróżnikami przepłynął w 1947 roku z Ameryki Południowej, konkretnie z Peru, do Polinezji. Ten zoolog z wykształcenia, archeolog i antropolog, którego duch krąży w Kon-Tiki Museum, pokonując ponad 4 tys. mil morskich, udowodnił, że dawni Peruwiańczycy, już w czasach średniowiecza, mogli krążyć po Oceanie Spokojnym, odbywać podróże w odległe rejony. Na tej wyprawie nie poprzestał, a z badań nad żeglugą czasów odległych, uczynił cel swego życia.

Wrażenie robi nie tylko wielka tratwa „Kon-Tiki” ale też kolejne eksponaty m.in. papirusowa łódź „Ra – 2”, zbudowana wedle starożytnej sztuki szkutniczej Egiptu, którą Thor Heyerdahl pożeglował w 1970 roku z siedmioosobową załogą Maroka przez Atlantyk do Nowego Świata. Pokonał tę trasę w ciągu 57 dni. I też udowodnił, że już w starożytności nie można było wykluczyć podróży przez Atlantyk.

Muzeum wzbogacają rozmaite eksponaty z Ameryki Południowej, Polinezji, Wyspy Wielkanocnej.

Polarnicy

Stoją przed muzeum, wrośnięci w cypel fiordu Bygdøynes, atakujący Biegun Północny, kolejni bohaterowie norweskiej krainy – Fridtjof Nansen, Otto Svedrup, Roald Amundsen i inni. Muzeum architekturą przypomina Kon-Tiki Muzeum. Także dach ostry, opadowy, a wewnątrz szkuner „Fram”, który został obudowany konstrukcją dachową muzeum. Statek można zwiedzać aż do maszynowni – zobaczyć kuchnię, kajuty marynarzy i polarników, kapitana statku, obejrzeć rozmaite dokumenty i akcesoria nawigacji, fotografie, stanąć wreszcie przed Nansenem, którego postać dokładnie przedstawia figura woskowa. A przy okazji dowiedzieć się – o czym z reguły nie wiemy (ja się przyznaję) – iż ów znany norweski polarnik zasłynął później jako dyplomata, jako laureat Pokojowej Nagrody Nobla.

Norsk Folkemuseum

Długi spacer, bo teren ogromny. Skansen ma więcej niż wiek, urządzony został i otwarty w 1894 roku, jako pierwszy skansen Królestwa Norwegii. Ścieżkami w górę i w dół, ponad 150 budynków, różnych obiektów z różnych stron kraju. Spichrze i chaty rybackie, budynki farmerskie, wszystko w drewnie. Domy z bali, jak byśmy to dziś określili. Także świątynie. Imponujący jest kościół klepkowy z Gol z 1170 roku, przeniesiony z miejscowości Gol w dolinie Hallingdal. Mówi się o nim, że jest klejnotem tego imponującego zbioru ciekawych budowli zebranych z całego kraju. Architekturą przypomina nieco świątynię Wang, znaną z wędrówek po Karkonoszach – ewangelicki kościół parafialny w Karpaczu.

Ale jest też bardziej współczesny, miejski krajobraz. Uliczki z XIX w., z miejską apteką, ze stacją paliw wyposażoną w stosowne dystrybutory, a jakże. Oczywiście jest też zaparkowany samochód nie mający nic wspólnego z motoryzacją skandynawską – garbus niemiecki się kłania. Dla filmowców znakomity teren, co wykorzystują podobnie jak w znanym mi najbliżej skansenie w Sierpcu.

Pół dnia na takie wędrowanie, wiedzy zdobywanie – nie starczy. A trzeba iść dalej, ale już kolejnego dnia.