Heja Norge

Kiedyś poniosło mnie na Północ wycieczkowo do Helsinek, w czasach gdy Finlandia miała niemal wszystkie cechy Zachodu, a prom płynął pod banderą PRL-u. W Lillehammer była praca reporterska podczas igrzysk zimowych, Oslo przesiadkowo potraktowane. Teraz pojawiła się stolica Norwegii bez żadnych zobowiązań reporterskich.

Duży luz – tak sobie obiecywałem wsiadając do samolotu tanich linii na lotnisku Lecha Wałęsy pod Gdańskiem. Bez żadnych zobowiązań – tak sobie obiecywałem będąc w powietrzu. A może by jednak jakieś notatki, luźne myśli, spostrzeżenia? – pomyślałem po wylądowaniu. Plany mogą być różne, zaklęcia też, rzeczywistość bywa taka jak zwykle, przynajmniej w moim przypadku. Fotki, notki, opowieści, rozmowy…

Cieplejsze Oslo

Znam osobników, dla których Europa kończy się tam gdzie wody terytorialne. Północ nie istnieje, bowiem jako osoby ciepłolubne uważają, że raczej Dubrownik, Split i Makarska niż Oslo, raczej Hiszpania niż Islandia i jeszcze kilka podobnych zestawień. Odnotowuję więc, tuż po wylądowaniu na lotnisku Torp, oddalonym od Oslo o 118 km na północ, że 30 kwietnia jest 13 stopni C i trzeba przynajmniej rozpiąć kurtkę. Następnego dnia chłodny poranek, ale w samo południe 15 stopni C, 2 maja już na pewniaka, na krótki rękaw, bo jest 17 stopni C, a 3 maja dochodzi do 20! Zaczynam się zastanawiać kto mi w Polsce uwierzy, oczywiście w gronie ciepłolubnym, nastawionym na Hiszpanię, Chorwację, Italię.

Błękitne niebo, ale wiosna, tę którą zostawiłem w kraju, jeszcze w tym wymiarze nie dotarła. Owszem, trawniki jak trzeba, ale krzewy, niektóre drzewa, jeszcze w szarości. Mogłem jednak zobaczyć jak z dnia na dzień wszystko się zmienia, krok za krokiem. W dniu wylotu, zaledwie po czterech dniach pobytu i spadku temperatury do zaledwie 14 stopni C, wiosna już stawała mi się bliższa.

Nocleg w domu z drewna, pomalowanym na biało, na półwyspie Bygdøy, dzielnicy miasta w części zachodniej Oslo, z kilkoma zatokami, zatoczkami, marinami, Królewskim Yacht Club-em na czele. Pierwszego dnia krótki spacer na królewską przystań. Pogapić się na wodę, na las masztów jachtów i żaglówek zewsząd, z każdej strony świata. Żeby zatkało. W końcu Norwegia to Nord Wegen, Północna Droga. Przede wszystkim wodna. Warto posiedzieć, pomarzyć, puścić wyobraźnię w ruch. Wszystkiego i tak nie doświadczysz.

Lepszy i gorszy sort

Sort – modne określenie, przynajmniej w Polsce, a stosowane do ludzi, jako pewna kategoria. Tutaj, w Oslo, przy jednej z ulic schodzących do zatoczki Langvikstbukta, dwóch sąsiadów robi wiosenne, garażowe porządki. Wszystko wybebeszone, grill już przygotowany, oni leniwie przechadzają się po domowym ogródku. W koszulkach polo, w bermudach. Jak gdyby nie wiedzieli za co najpierw się zabrać. A jednak mają swój plan. Tylko spokojnie, bez nerwowych ruchów. Szkoda zdrowia. Przenoszą drewniane kloce, pomagają sobie. Najpierw jedna drewutnia, potem sąsiada. Pytam o rodzaj drewna.

– Pierwszy sort – mówi wyższy, z brodą.
– Czyli?
– Grab, jesion, dąb, może być brzoza… – tłumaczy jego sąsiad.
– A gorszy sort?
– U nas, w Norwegii, nie ma gorszego sortu – robi zdziwioną minę